Biografia

| CUCAMONGA | FREAK OUT! | GUITAR | HOT RATS |

CUCAMONGA...

czyli – DZIKIE LATA FRANKA ZAPPY” – odsłona kolejnego, tym razem bardzo „młodego” oblicza pana Zappy. Płyta wydana wprawdzie w 1998 roku, przedstawia „młodziutkie” kompozycje Franka – powstałe w latach 1963 – 1964, nagrane w różnych składach...

         co też świadczyło i świadczy nadal o jeszcze nieukształtowanym wtedy bądź  niewykształconym (lepiej brzmi...) w pełni charakterze Zappy. Toteż płyta ta jest przykładem takich „form przejściowych” (etapów) dorastania ducha muzycznego, jest jedną ze „skór jaką zrzucił w czasie lnienia” w drodze do chwały.....

          Muzyka na tej płycie ma wielorakie zabarwienie, posiada „wiele korzeni z których wyrosła”(?), między którymi przewija się jeszcze więcej niezliczonych akcentów...

I tak – nie da się ukryć, ale są tu „słyszalni” Beach Boysi – szczególnie w „Heavies” i „The Cruncher” – ten popowo-plażowy klimacik, odgłosy wiatru, szum moża, w tle śmiechy...taka lekka, popularna muzyczka – miła i ciepła. Dalej „Cathy My Angel” – no dosłownie Richie Valenz z piosenką „Donna” – ta uspokojona gitara, ten „miodowy” głosik lejący się przez palce – czyli idealna romantyczna balladka, podobnie zresztą jak i „’Till September”.

         Ciekawszymi już momentami tej płyty są z pewnością „Slow Bird” i „Blind Man’s Buff” – takie „gangsterskie” kawałki z miarowym basem, organami i „ulotnym” saksofonem w tle. Zaciekawić potrafia jeszcze „jako tako” -  „Mr. Clean” i „Jesse Lee” – taki „murzyński” soul zmieszany z funkiem i gitarowym bluesem, coś przyjemnego.

A reszta??? Reszty już nie chciałem pamiętać...

(Istnieje jednak jeszcze jedno wytłumaczenie, dlaczego powstała ta płyta – nad czym bardzo długo myślałem. Przecież „genialny Franio” mógł odstawić najnormalniejszy w świecie zwyczajny przekręt, i tak jak Tarantino nakręcił „Pulp Fiction” tak on z „zimną krwią...” i wyrachowaniem nagrał „Cucamonge” aby teraz, siedząc gdzieś na wysokościach...móc się z nas śmiać do rozpuku...i planować następny kawał... A moją recenzję możecie zgnieść, zdeptać i spalić – oczywiście po uprzednim wydrukowaniu, bo szkoda było by monitora.)

Dzięki Frank!!!

łukasz "dziadek" skwara

 

FREAK OUT!

Poniższy tekst pochodzi z pisma Jazz z lipca 1978 roku.

Dzisiaj, w 8 lat po festiwalu w Woodstock, można już chyba uznać ów "heroiczno-kontestacyjny" okres pop-music z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych za definitywnie zamknięty. Co prawda wciąż jeszcze nagrywają niektórzy z "wielkich" tej epoki - choćby Dylan, Emerson, Clapton, Santana, czy Zappa - ale ich działalność mieści się już poza głównym nurtem muzyki młodzieżowej drugiej połowy lat siedemdziesiątych - prymitywnej, ale efektownie podanej dyskotekowej fumky. Nikt też już nie robi z nich przywódców duchowych "Nowego Narodu", ich muzyką przestała być przesłaniem ideowym, "kulturową rebelią": Stała się takim samym towarem jak przeboje Tiny Charles czy Donny Summner. Dla dzisiejszych punk-rockowców są wręcz uosobieniem establishmentu, z którym tak niedawno walczyli.

Osiem lat temu pisano: "Rock staje się alternatywą wspólnoty, naszej wspólnoty. Jego siła jest przepełniona naszą walką". A Donovan tłumacząc posłannictwo tej muzyki mówił: "To jest tak jak-by Bóg zszedł na Ziemię i wybrał pop, aby stal się wielką silą na rzecz młodości i piękna".

Wśród wielu dokumentów z tych lat szczególną pozycję zajmują okładki płytowe. Pełniąc funkcję opakowania są one jednocześnie samodzielnymi tekstami mówiącymi wiele nie tylko o wykonawcy i jego muzyce ale i o formacji kulturowej w której powstały. Jednym z najciekawszych takich dokumentów "epoki kontestacji" jest okładka sławnego albumu Franka Zappy "Freak out!" z 1966 r. Przyjrzyjmy się więc jej bliżej. Spróbujmy odtworzyć przesłanie artystyczne i ideowe jakie zawiera.

Przesłanie to można odczytać na dwóch ściśle ze sobą związanych płaszczyznach - wizualnej i słownej. Zdjęcia grupy Mothers of Invention, które są zamieszczone na 1 i 4 stronie okładki to typowe przyklady pop-artowej maniery fotograficznej tych lat. Sylwetki muzyków są tu widmowo odrealnione, wypełnione fosforyzującymi plamami. Nad głową Zappy unosi się charakterystyczny komiksowy "dymek" z tytułem i zarazem hasłem płyty - "Freak out!".

Cóż to jest "Freak out"? Na stronie drugiej znajdujemy definicję tego pojęcia. Zappa pisze: "Biorąc pod uwagę płaszczyznę jednostkową "Freaking out" jest procesem, za pomocą którego człowiek odrzuca przestarzałe i odrażające standardy myślenia, ubierania się, etyklety społecznej w celu wyrażania w sposób twórczy swego stosunku do najbliższego otoczenia i struktury socjalnej jako całośći. Mniej spostrzegawcze jednostki odniosły się do nas, którzy wybraliśmy ten sposób myślenia i czucia jak do "freaks" (dziwadeł, pomyleńców) - stąd nazwa Freaking out. Biorąc pod uwagę płaszczyznę kolektywu, to gdy pewne ilości freaks zbiorą się i wyrastają twórczo, np, poprzez muzykę i taniec, nazywa się to ogólnie freak out. Uczestnicy będący już wyemancypowani z narodowej i społecznej niewoli,. ubrani w swoje najbardziej inspirujące stroje, realizują jako grupa swój potencjał swobodnej ekspresji". Można by więc przyjąć, że wspomniane już fotografie to także forma swoistego "freakingu" dokonanego w sferze wizualnej. Dzieje się tak przez zerwanie ze zwykłym, realistycznym oddawaniem rzeczywistości, przez ubarcwienie jej i uniezwyklenie.Ta "przemiana rzeczywistości" nie idzie jednak w kierunku elitarnego abstrakcjonizmu, lecż popularnego, kolorowego komiksu. Wróćmy jednak do słów Zappy. W jego haśle "Freak out!" dwa postulaty wybijają się na plan pierwszy:

1) Zerwanie z powszechnie przyjętym sposobem widzenla świata, z ogólnie aprobowaną hierarchią wartości.

2). Upowszechnienie spontanicznej twórczości, swobodny rozwój osobowości każdej jednostki.

Nie były to już wtedy, w l966 r. hasła nowe. Pojawiły się w Stanach pod wpływem europejskich grup kontestatorskich - przede wszystkim "sytuacjonistów". To właśnie oni uważali za szczególnie ważne określenie przez Ruch własnego systemu autentycznych wartości.Twierdzili bowiem (tak jak H. Marcuse), że wprowadzenie do świadomości ogółu wartości fałszywych - przy jednoczesnym niestosowaniu ostrych form przemocy jest - charakterystycznym sposobem zniewalania jednostek przez społeczeństwa burżuazyjne.

Ekspresja osobowości jednostek"wyzwolonych" powinna przybierać także formy, które nie mogłyby być przyjęte przez zwalczany typ kultury. By nie potrafiła ona jak - to formułowali przywódcy francuskiego Ruchu 22 Marca - "przechwycić kontestacji i użyć jej jako nowej formy kłamstw". Tymi sposobami wypowiedzi miały być dla Ruchu: Nowy Teatr, taniec i oczywiście muzyka pop. Niewątpliwie to właśnie ona odegrała największą rolę w rozpowszechnianiu się ideologii kontestacyjnej. Ale z drugiej strony uległa najszybciej komercjalizacji, "przemiałowi" kultury massmediów, która jak słusznie zauważyt Herbert Marcuse - skutecznie niszczy przeciwne poglądy przez uczynienie z nich towaru konsumpcyjnego. Zespoły "Podziemia" - jeśli chciały być propagatorami Ruchu - musiały wyjść z klubów, i nagrywać dla dużych firm płytowych. I w ten sposób zaczynały podlegać prawom
muzycznego przemysłu. Pozornie wszystko było w porządku. Muzycy pop grali co chcieli i jak chcieli.

Oczywiście - do czasu. Zaczynali coraz więcej zarabiać i coraz więcej zarabiano na nich. Największym chyba paradoksem tej swoistej "kontrkultury" stworzonej na bazie pop-artu było to, że walczyła ona ze "zdominowaną przez pieniądz kulturą mieszczańską" śr'odkami najbardziej na komercjalizację podatnymi. Całą wizualną symbolikę
pop zapożyczono właśnie z reklam, plakatów i komiksów. Powszechna zrozumiałość wypowiedzi artystycznej opartej na tym tworzywie, jej efektowność i apozycyjność wobec sztuki oficjalnej sprawiła, że dokanało się związanie komercyjnego w swej genezie pop-artu z antykomercyjną ideologią kontestacji.

Przyniosło to co prawda niezwykle interesujące efekty tak w sferze czysto artystycznej jak i socjologicznej. Ale mariaż taki na dłuższą metę był nie do utrzymania. To rozejście się pop-artu i kontestacji nastąpiło już na początku lat siedemdziesiątych. Rock stawał się muzyką typowo rozrywkową (oczywiście poza pewnymi wyjątkami), a dawni
hippiesi przekszatałcili się w lewaków lub czcicieli Kriszny.

Wróćmy jednak do roku 66 i do naszej okładki. Zamieszczony jest tam także "Życiorys" Zappy, będący kpiną z ustalonych schematów autobiografii artystycznej. Oto co pisze on o sobie i swoich muzykach : "Urodziłem się w Baltimore (stan Maryland) 21 XII 40 r. Wychowałem się w Kalifornii. Jestem samoukiem w dziedzinie muzyki i kompozycji" - i zaraz nazywa te twierdzenia brednią, pustą gadaniną ("blah, blah, blah"). Ńastępnie podaje szczegóły bardziej "senscyjne": "Gdy miałem 11 lat mierzyłem 5 stóp 7 cali, miałem owlosione nogi, pryszcze i wąsy. Z jakichś dziwnych przyczyn nigdy nie pozwolono mi być kapitanem drużyny soft ballowej. Ożeniłem się mając 20 Iat... śliczna dziewczyna, prawie zmarnowałem jej życie. Złożyłem podanie o rozwód i przeniosłem się do mego studia nagraniowego. Połączyłem się z Rayem, Jimem i Royem, planowaliśmy i układaliśmy program przez rok, pracując w piwiarniach". I oczywiście zaraz "blah, blah, blah".

Innym paradoksem pop-artu, tej "sztuki bez przeszłości" jest jej skłonność do swoistej cytatomanii. Tak jak w plastyce modne było wówczas nieustanne mieszanie najrozmaitszych stylów i epok - w innych dziedzinach twórczości, m.in. w muzyce staje się pożądana różnorodność inspiracji. Im ich źródła są od siebie bardziej oddalone - tym lepiej. Na okładce omawianej prżez nas płyty zamieszczona jest lista osób, które miały wpływ na jej
powstanie. Liczy ona 181 nazwisk. Sąsiądują na niej Sonny Boy Wiliamson, Maurice Ravel, Arnold Schonberg, Elvis Presley, Ravi Shankar, Brian Epstein, Roland Kirk, Cecil Forsythe, Salvador Dal, Bob Dylan, Anton Webern, Edgar Varese, Eric Dolphy, Charles Ives: Ta przedziwna kompozycja pełni nie tylko funkcję znaku pewnej konwencji, sprzeciwu wobec dzielenia artystów na "rozrywkowych" i "poważnych". Jest takiże deklaracją przejęcia pewnej tradycji' tyle, że awangardowej. Owo przejmowanie tradycji przebiega w kulturze Pop w sposób dosyć specyficzny. Przykładem może być tu ogromna popularność w owym czasie Hermana Hesse wśród młodzieży amerykańskiej. Odnajdywała ona w jego powieściach protest przeciwko presji mieszczańskiej kultury, hasła poznania własnej psychiki, ciągłego poszukiwania właściwego sobie miejsca w życiu, studiowania myśli Wschodu. Zwracała też uwagę na rolę muzyki w jego książkach. Muzyki będącej czynnikiem wyzwalającym bohaterów z ich kompleksów, pozwalającej na istotne porozumienie z bliźnimi, na zetknięcie z Absolutem. Ale nade wszystko odczytywała "Wilka stepowego" czy "Grę szklanych paciorków", tak, jakby powstały one w latach sześćdziesiątych, i to specjalnie dla hippiesowskiego odbiorcy.

Ahistorycyzm pop-artu przybierał też często formy humorystyczne choćby w komiksach o sławnych postaciach dawnej Grecji czy Rzymu. Zabawny przykład takiego żartu ze sztuki antycznej znajdujemy na okładce innej płyty Zappy "Grand Wazoo". Jest tam m.in. narysowany fryz zdobiący "antyczny" pomnik czy obelisk. Przedstawia on wszystkie fazy zachowania popijającego sabie z butelki "starożytnego męża" - od wesołego początku do żałosnego końca. Zaś u stóp tego obelisku walczą, bombardując się dźwiękami z elektronicznego instrumentarium egipsko-bizantyjskie wojska Cletusa Avreatusa i Mediokratesa. Na okładce "Freak out!" umieszczono też krótkie omówienia poszczególnych utworów. Niektóre ich fragmenty są bardzo symptomatyczne.

W komentarzu do "Hungry Freaks Dady" znajdujemy takie oto rady: "Zwiej ze szkoły zanim twój umysł naraźony na miernotę systemu edukacyjnego zgnije. Zapomnij o studniówce, idź do bibliotęki i ucz się sam, jeśli masz jakieś ambicje..." Utwór "Metherly Love" uznany jest za przebój grupy. "Śpiewamy go podczas występów na żywo, ażeby powiadomić żeńską publiczność o potencjalnych przyjemnościach, które można było mieć dzięki społecznym kontaktom z nami ..." Gdy przy innym utworze zwraca uwagę Zappa na jego absolutnie niekomercyjny charakter - dodaje zaraz "Ale lipa!" Wciąż więc powtarzają się znane motywy - zakwestionowanie systemu edukacyjnego, konwenansów obyczajowych, kpina z czytelnika i samego siebie. Wszystkie one mogą być uznane za stałe elementy tej speryficznej choć jakże eklektycznej kultury jaką stworzył ruch kontestacyjny. Wszystkie one - ale oczywiście także wiele, wiele innych. Jednak celem tych uwag, robionych na marginesie lektury okładki albumu Zappy nie było przecież podanie kompletnej charakterstyki zjawiska nazywanego nie- raz młodzieżową kontrkulturą lat sześćdziesiątych. Chodziło mi raczej o zasygnalizowanie kilku problemów z nim związanych. Sądzę, że i przy bardziej szczegółowym ich analizowaniu okładki płytowe byłyby także pomocne.

JAROSŁAW SKOWROŃSKI

Jazz Nr 7 (263) Lipiec 1978 R. str. 14-15

 

GUITAR

Tekst pochodzi z pisma NON-STOP 10(193) 1988r.

mianownik
Bardzo aktywny Frank Zappa znowu wypuścił album! Na "Guitar" składają się gitarowe solówki nagrane podczas koncertów w różnych częściach USA i Europy Zach. (lata 1979-1984). Między tymi solówkami - utworami, w większości materiałem premierowym, nie słychać ani sekundy przerwy.
dopełniacz
Omawiana płyta Franka Zappy zawiera ponad dwie godziny muzyki. Nie, to dla mnie za dużo... Jeśli na "normalnej" płycie tego artysty znajdą się dwa - trzy utwory będące w istocie solówkami, to w sam raz. I pozwolą się rozkoszować jego umiejętnościami, i dodatkowo urozmaicą całość. Ale same solówki powyjmowane z najrozmaitszych kawałków, solówki bez kontekstu? Mogę tego słuchać trzy kwadranse, godzinę, godzinę z haczykiem, ale nie ponad dwie godziny... Tym razem Amerykanin przesadził. Zaoferował album tylko swoim naj, naj, najbardziej zagorzałym fanom. Ja jestem dopiero naj, najbardziej....
celownik
Frankowi Zappie w "stopce" "Guitar" ofiarowałem trzy gwiazdki, czyli płyta "może być". Zatem jakie jej atuty rekompensują wywołaną monotonię, każąc zrezygnować z mniejszej liczby "oczek"? Odpowiedź jest prosta - nasz bohater to gitarzysta jakich mało. No i jak on brzmi!
biernik
Franka Zappę trzeba uznać geniuszem gitary. Gra diabelsko. Z energią, wyobrażnią, wdziękiem przebiera palcami po swoim instrumencie. Już wydaje się, że się "zakałapućkał", że się wywali, że wypadnie z tonacji i rytmu, ale nie, u niego to chyba niemożliwe. Jest z powrotem na miejscu. To ta technika, to inteligencja! Wspaniałe.
narzędnik
Z Frankiem Zappą, z jego gitariadami, wiążą się me przyjemne wspomnienia. Na półce z płytami mam "Shut Up'N'Play Yer Guitar", którego "Guitar" jest jakby kolejną częścią. Ale tamto podoba mi się bardziej - jest oryginalne i (już samo w sobie) ciekawsze.
miejscownik
O Franku Zappie mawia się, że nie byłby sobą, gdyby nie spłatał jakiegoś figla. Na "Guitar" takim figlem są dla mnie utwory "That's Not Really Reggae" (sekcja gra rytm reggae'owy, a gitarzysta sola nie mające z reggae wiele wspólnego) i "It Ain't Necessarily The Saint James Infirmary" (zbitka w jedną całość tematów Gershwina i Primrose'a). Poza tym firmujący album artysta nie poleca go... dzieciom i republikanom.
wołacz
O Franku Zappo, ty genialny postrzeleńcu, ty muzyczny Woody Allenie!

JAN SKARADZIŃSKI

 

HOT RATS

...dziki, nieobliczalny, zaskakujący, ekspresywny, twórczy.....itp. Jednym słowem można by rzec: BÓG. A i to określenie mogłoby być zbyt „szczelne”, nie oddające w pełni charakteru, mega-duszy jaką posiadał Frank Zappa.  Jego zmysł, jego talent, jego umiejętności – to ta mieszanka, to jest to „coś” – co nas prowokuje, wzburza, podnieca, „podpala” a nawet igra z nami – jesteśmy na granicy rzeczywistości i fantazji, fantazji i nieskończoności i można by tak....

         I tak trafiamy wprost na „Hot rats” – jedno z wielu milionów (a może nawet miliardów) „dzieci zrodzonych” w magicznym 1969 roku – roku „muzyki, miłości i pokoju”. Płyta ta jest niewątpliwie kwintesencją „pokolenia Woodstock”, przepełniona dynamizmem, przewrotnością, pomysłowością, autentycznością oddaje ówczesne nastroje wszechobecnego buntu, chęci zmian. I czy teraz przesadzam?????? NIE!!!!!!!

Wystarczy posłuchać........

         A wiec startujemy:

1- „Peaches En Regalia” – ten kawałek to lekcja wizjonerii – a dokładnie – „pierwsze obrazy świata po narodzinach” – może to prostacko brzmieć, ale kiedy słyszę na początku tą perkusje, a potem jakby „falujący fortepian” – to dosłownie jakbym „pierwszy raz otwierał oczy i tak delikatnie, delikatnie....z rozmazanych barw układał kształty, płynąc jednocześnie z fortepianem pośród prerii...gdzieś tam w tle harmonijka dodaje kowbojskiego klimatu, zaraz wkracza saksofon i powoli, powoli razem z obłokami unosimy się...i zaczyna się „odyseja kosmiczna” – gdzieś obok nas kometa, po chwili sznur „goniących się gwiazd” i tak szybciej, coraz dalej......” – ten kawałek chyba w każdym potrafi rozbudzić ducha poezji...

2- „Willie The Pimp” – to już piosenka – bardziej skoczna, a nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie „pro-country”. Skrzypce, gitara i ten chrapliwy, kowbojski głos – każdemu skojarzy się z westernem. Później to już gitary Hendrix/Santana, i coś charakterystycznego...co w przyszłości usłyszmy u Van Halena; piosenka wyróżniająca się z płyty – bo jak jedyna na płycie posiada tekst – zaśpiewany przez „kapitana Beefhearta”

3- „Son of Mr. Green Genes” – tutaj przewodnictwo trzeba oddać saksofonowi, pełni on rolę przewodnika – jest takim MC – „Master of Ceremony” – narzuca rytm, tempo; w pewnym momencie dołącza się gitara – taka „kołująca”, w pewnym momentach „zaokrąglająca” piosenkę. Momentami panuje kościelno – hammondowy podkład to zasługuje na wyróżnienie, dalej to już gitara + fortepian...bardzo przyjemny młynek

4 – „Little Umbrellas” – kawałek – moim zdaniem i nie tylko – typowo jazzowy, choć Zappa osobiście nie zgadzał się z taką oceną krytyków. Jednak połączenie flet +fortepian, fortepian + saksofon to przynajmniej ,jeżeli nie jazz, to zalatuje jazzem.

(Co może podpowiadać tytuł) piosenka idealna pod jakąś deszczową scenerię – czy to idąc w deszczu słuchać jej, czy będąc w domu oglądać spowijające się strugi bezlitośnie moczącego przechodniów deszczu...(polecam do spróbowania).

5 – „Gumbo Variations” – bluesowy poczatek – delikatny basik rytmicznie uderzający przeradza się w saksofon – dziki , niezrównoważony...(w życiu nie słyszałem aby na takim instrumencie można było tak grać) – zawirowanie, młynek, zajebiste psychodeliczne wariacje, potem skrzypce – pełna wirtuozeria, zdawałoby się – że improwizacja (choć sam nie jestem na 100% pewien czy to było wcześniej ułożone), znakomite wydłużanie, wyciąganie dźwieku...złączają się z gitarą no i.....???? (słów brrrraaaknie), i odważyłbym się nawet porównać do „Star Spangled Banner”

Hendrixa – bo to drugi kawałek tak niesamowiecie ekstatyczny, energetyczny, twórczy, szalony, goniący...itp. jaki słyszałem w życiu. W tym momencie poważnie narażam się fanom Hendrixa (sam jestem jednym z nich), ale w „Gumbo Variations” również jest coś takiego...

6- „It Must Be A Camel” – kawałek „wężowaty”, w porównaniu do 5 poprzednich – wyraźnie wolniejszy; fortepian, delikatna gitara i saksofon (strasznie spokojny) – pozwalają na (może w związku z tytułem?) podróż po pustyni, wyzwalają jakieś ułudy, zwidy i pragnienie, niezwykłe pargnienie.....

         I prawdopodobnie ten stonowany, spokojny koniec nie pozwala odejść; pozostawia niedosyt, zachęca – nęci nas do powrócenia w tą 46 minutową odyseję po tym co realne i nierealne... (co zaprojektował i stworzył Frank Zappa).

(Płyta szczególna, ale nie sposób powiedzieć – najlepsza. Przy tak potężnym dorobku artystycznym FZ’y, obfitującym w tak wiele różnych wątków i klimatów, podkładów, dźwięków, „dźwięczków”, improwizacji, słów i miliardów innych rzeczy (o których pewnie nie wiem jeszcze że istnieją), iż każda płyta z osobna – to coś nowego, niezwykłego, zaskakującego i nowatorskiego jak na swój sposób. I nawet nie śmiałbym wybrać tej naj, naj, naj, naj.......... Słucham i latam. Cały czas gdzie indziej.......)

łukasz "dziadek" skwara

 

Adres strony:
http://www.zappa.z.pl