Ksiazka


Okładka      Na polskim rynku ukazała się autobiograficzna książka o Franku Zappie. Nosi ona tytuł "Takiego mnie nie znacie" (ang. The Real Frank Zappa Book). Została ona wydana przez wydawnictwo Alfa-Wero sp. z o.o. w roku 1996 (przetłumaczona na język polski przez Roberta Sudóła). Oryginalna "The Real Frank Zappa Book" ukazała się w 1989 roku. Oto tekst jaki ukazał się z tyłu polskiego tłumaczenia tej ksiązki:
Legendarny Frank Zappa - jeden z najbardziej nowatorskich i kontrowersyjnych artystów ostatnich lat - w swej autobiograficznej książce zabiera czytelników w szokującą, pełną humoru podróż... poprzez swoje zycie.
Od debiutu w latach 60 do ostatniego światowego tournee Frank Zappa wciąż próbował nowych form wyrazu, łącząc współczesną muzykę poważną z jazzem, rockiem, a także satyrą polityczną i społecznym komentarzem. Zappa, z właściwym sobie dowcipem, autoironią i dystansem do rzeczywistości, proponuje własny punkt widzenia na wszystko: sztukę, polityke, papierosy, piwo, telewizyjnych kaznodziejów, orkiestry symfoniczne, czołowych gitarzystów, małżeństwo oraz historię rock-and-rolla. Bezkompromisowo szczery, prowokuje i zmusza do myślenia, odsłania paradoksy i śmieszności życia w ""pępku świata" - Ameryce. Zadziwia, oburza i bawi - oto cały Frank Zappa.

      Poniżej możesz przeczytać kilka fragmentów pochodzących właśnie z tej pozycji.


      Pierwszy cytat pochodzi z początkowego rozdziału wspomnianej książki. FZ dementuje tu dwa mity na swój temat. Fragment ten zamieszczam z tego powodu, że kiedyś ktoś powtórzył mi właśnie, że FZ wysrał się na scenie. Wydało mi się to niemożliwe. Jednak ten osobnik przekonywał mnie, ze informację na ten temat wyczytał w jakimś poważnym(???) piśmie.

      Oto dwie popularne legendy na mój temat.

      Ponieważ w 1969 roku nagrałem na płycie Hot Rats piosenkę "Son of Mr. Green Genes", ludzie przez lata wierzyli, że osobnik o tym nazwisku (grany przez Lumpy'ego Brannuma) z telewizyjnego show pt. Capitan Kangaroo, był moim prawdziwym ojcem. Otóz nie był.

      Druga bajeczka głosi, że podczas koncertu wysrałem się kiedyś na scenie. Istnieje wiele wersji na ten temat, między innymi poniższe:

[1] Zjadłem gówno na scenie.

[2] Ja i Capitan Beefheart zrobiliśmy sobie na scenie "konkurs-obrzydlistwo" (co to, kurwa, jest konkurs-obrzydlistwo) i obaj zjedliśmy gówno.

[3] Ja i Alice Cooper zrobiliśmy sobie konkurs-obrzydlistwo na scenie i on rozdeptywał kurczaczki, a ja wtedy zjadłem gówno.

      W lutym 1967 lub 1968 roku byłem w Londynie w klubie Speak Easy. Podszedł do mnie członek grupy Flock, nagrywającej wówczas dla Columbii, i powiedział:

      "Jesteś fantastyczny. Kiedy usłyszałem, że zjadłeś to gówno na scenie, pomyślałem, no ten facet to naprawdę odjazd".

      Odpowiedziałem: "Nigdy nie zjadłem gówna na scenie". Gość wyglądał na załamanego, jakby pękło mu serce.

      Zanotujcie to sobie, ludzie: nigdy nie zjadłem gówna na scenie, zaś w ogóle najbliższy zjedzenia gówna byłem w 1973 roku - spożywając posiłek w bufecie Holiday Inn w Fayetteville w Północnej Karolinie.


      A teraz parę słów o pochodzeniu FZ.

      Urodziłem się 31 grudnia 1940 roku w Baltimore w stanie Maryland. Kiedy wyskoczyłem byłem cały czarny - myśleli, że nie żyję. Teraz jednak czuję się dobrze.

      W moich żyłach płynie sycylijska, grecka, arabska i francuska krew. Babcia ze strony matki była półkrwi Francuzką i półkrwi Sycylijką, a jej ojciec Włochem ( z Neapolu). Z moich przodków ona pierwsza była Amerykanką. Pochodzenie grecko-arabskie zawdzięczam mojemu ojcu. Urodził się on w sycylijskiej wiosce o nazwie Partinico i do Stanów przypłynął na jednym ze statków z imigrantami, kiedy był jeszcze dzieckiem.


      Fragment mówiący o pierwszych fascynacjach Franka muzyką.

      Pierwszą rock-and-rollową płytę ujrzałem około 1957 roku. Nazywała się Teenage Dance Party. Na okładce widniało zdjęcie kilkorga BARDZO BIAŁYCH NASTOLATKÓW tańczących w deszczu konfetti, zaś obok nich stały butelki z wodą sodową. Płyta zawierała zbiór piosenek w wykonaniu różnych czarnych ciź.

      Mniej więcej w tym czasie moja płytoteka składała się z pięciu czy sześciu singli z rhytmn-and-bluesem. Ponieważ pochodziłem z niezamożnej klasy średniej, kupno większej płyty było wykluczone.

      Pewnego dnia natknąłem się w czasopiśmie "Look" na artykuł o sklepie płytowym Sama Goody'ego. Autor wychwalał Goody'ego pod niebiosa. Twierdził, że jest on tak wspaniałym kupcem, że może sprzedać wszystko. Jako przykład jego zdolności podano, że udało mu się zbyć płytę pod tytułem Ionisation.

      Dalej był napisane mniej więcej tak: "Ta płyta to nic tylko bębny - jeden wielki hałas. Najgorsza muzyka na świecie". Och, tak! To coś dla mnie!

      Zacząłem się zastanawiać, jak mógłbym dostać tę płytę. Mieszkałem wtedy w El Cajon, małym kowbojskim miasteczku niedaleko San Diego. Zaraz za wzgórzem leżało inne miasteczko, La Mesa, które było trochę bardziej cywilizowane (mieli tam sklep muzyczny). Jakiś czas później zostałem na noc u mojego kolegi Dave'a Frankena, który mieszkał właśnie w La Mesa. Skończyło się na tym, że popędziliśmy do tego sklepu, bo akurat mieli wyprzedaż singli z rhytmn-and-bluesem.

      Poszperałem trochę na półkach i wybrałem kilka płyt Joe Hustona. Szedłem już z nimi do kasy, ale jeszcze rzuciłem okiem na longplaye. Moją uwagę przyciągnęła dziwna czarno-biała okładka na której widać było faceta o szarych kręconych włosach, wyglądającego jak szalony naukowiec. Pomyślałem, że to dobrze, że w końcu jakiś szalony naukowiec zdecydował się wydać płytę pod tytułem Ionisation.

      Autor artykułu w "Look" nie był zbyt dokładny, albowiem pełny tytuł brzmiał Dzieła wszystkie Edgarda Varese'a, część I. Wśród różnych kawałków była także i Ionisation. Wszystkie firmowane obskurną nalepką EMS (chodziło o Elaine Music Store). Płyta miała numer 401.

      Zrezygnowałem z Joe Hustona i wywaliłem kieszenie, żeby zobaczyć, ile mam pieniędzy. Było tego chyba ze trzy dolary i siedemdziesiąt pięc centów. Nigdy przedtem nie kupiłem jeszcze żadnego longplaya, ale wiedziałem, że muszą być drogie, bo przeważnie kupowali je tylko dorosli. Spytałem kasjera, ile kosztuje EMS 401.

      "Ta szara w pudełku? Pięć dziewięćdziesiąt pięć".

      Szukałem tej płyty ponad rok i nie miałem zamiaru rezygnować. Powiedziałem mu, że mam tylko trzy dolary siedemdziesiąt pięc. Pomyślał chwilę i powiedział: "Używamy tej płyty do demonstrowania gramofonów wysokiej klasy. Nikt nigdy nie kupuje takich płyt. Jeśli naprawdę tak ci na niej zależy, to chyba możesz ją wziąć za trzy siedemdziesiąt pięć"

      Byłem zachwycony. Mieliśmy w domu prawdziwy gramofon niskiej klasy - Deccę. Było to małe pudło na czterech metalowych nóżkach (ponieważ głośnik był umocowany pod spodem) z jednym z tych latających ramion, na które trzeba było położyć dwudziestopięciocentówke, żeby nie skakało do góry. Gramofon miał wszystkie trzy prędkości, ale jeszcze nigdy nie był używany na 33 i 1/3.

      Stał w rogu dużego pokoju, tam gdzie matka zawsze prasowała. Kiedy go kupiła, dostała gratis płytę pt. The Little Shoemaker w wykonaniu jakiegoś chórku podstarzałych facetów. Słuchała sobie The Little Shoemaker podczas prasowania. Było to jedyne miejsce, gdzie ja mogłem posłuchać płyty Varese'a.

      Nastawiłem siłę głosu do oporu (żeby lepiej słyszeć wysokie tony) i ostrożnie opuściłem ramię z uniwersalną igła z osmu na brzeżek Ionisation. Moja matka to miła osoba wyznania katolickiego, która lubi oglądać zawody na wrotkach. Kiedy dobiegły ją dźwięki wydobywające się z małego głośnika pod spodem Dekki, spojrzała na mnie, jakby mi mocno odpierdoliło.

      Słychać było i wycie syren, i warkot werbla, i dudnienie bębna basowego, i ryk lwa, i wiele innych rzeczy. Matka zabroniła mi kiedykolwiek puszczać tę płytę w dużym pokoju. Powiedziałem jej, że mnie się ona podoba i chcę ją całą przesłuchać. Kazała mi wziąć gramofon do mojego pokoju. Moja mama już nigdy więcej nie usłyszała "The Little Shoemaker".

      Gramofon został w moim pokoju na zawsze, a ja raz po raz słuchałem sobie EMS 401. Zagłebiłem się w tekst na okładce, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej. Nie rozumiałem niektórych terminów muzycznych, ale i tak nauczyłem się ich na pamięć.

      Przez cała szkołę średnią zmuszałem każdego, kto do mnie przyszedł, do słuchania Varese'a. Uważałem to za najlepszy test na inteligencję. W rezultacie nie tylko moja matka myślała, że mi odpierdoliło.


      Fragmenty o tym jak wyglądały koncerty grupy "The Mothers Of Invention".

Nasi chłopcy w mundurach.

      Pewnego razu weszło do nas na próbę trzech marines w pełnym umundurowaniu i bez słowa usiadło w pierwszym rzędzie.

      Spytałem ich, jak się mają i czy nie chcą się przyłączyć. Zapytałem ich, czy znają jakieś piosenki i jeden z nich powiedział, że taaa, znają "House of the Rising Sun" i "Everybody Must Get Stoned". "To byczo - powiedziałem. - Zaśpiewalibyście z nami dziś wieczorem? Bardzo byśmy chcieli, żeby zaśpiewali z nami marines". Powiedzieli, że taaa, zaśpiewają.

      Kiedy wrócili, wprowadziłem ich na scenę, choć pewnie nie wolno im było na nią wchodzić w mundurach. Zaśpiewali "Everybody Must Get Stoned". Mieli już nieźle w czubie, więc powiedziałem: "Chłopcy, może pokażecie publiczności, jak zarabiacie na życie?"

      Wręczyłem im dużą lalkę i dodałem: "Wyobraźcie sobie, że to jakiś żółty szczeniak". My zagraliśmy, a tymczasem oni zabrali się do maltretowania lalki. Porozrywali ją na strzępy. To było naprawdę straszne. Kiedy już skończyli, podziękowałem im i przy spokojnym akompaniamencie pokazałem widzom zmaltretowane fragmenty. Nikt się nie śmiał.

Tom & Jerry.

      Gdzieś w 1976 roku byłem pewnego dnia w sklepie Manny's Musical Instruments. Strasznie wtedy padało. Nagle do środka wszedł mały, nieco zmokły facecik, który przedstawił mi się jako Paul Simon. Powiedział, że chciałby, abym przyszedł dziś do niego na kolację, i dał mi swój adres. Powiedziałem, że przyjdę.

      Kiedy wszedłem do mieszkania do Paula, on akurat tkwił na czworakach przed takim samym zestawem Magnavoxa, jaki miał Pląsacz z Sun Village. Miał ucho przyklejone do głośnika i słuchał płyty Django Reinhardta.

      Po chwili Paul oznajmił mi ni stąd, ni zowąd, że jest wytrącony z równowagi, ponieważ musiał zapłacić w tym roku sześćset tysięcy podatku dochodowego. Pomyślałem sobie, żebym ja tylko mógł zarobić sześćset tysięcy dolarów! A w ogóle ile trzeba zarobić, żeby zapłacić taki podatek? I wtedy wszedł Art Garfunkel. Gadaliśmy razem bez końca.

      Powiedzieli mi, że już od dawna nie byli na żadnym tournee. Wspominali z rozrzewnieniem stare dobre czasy. Nie wiedziałem, że nazywali się kiedyś Tom & Jerry i że mieli wtedy hit "Hey, Schoolgirl in the Second Row".

      Powiedziałem im: "Cóż, doskonale rozumiem waszą tęsknotę za rozkoszami życia w trasie, więc chcę wam coś zaproponować... Jutro wieczorem gramy w Buffalo. Co powiecie na to, żebyście pojechali z nami i otworzyli nasz koncert jako Tom & Jerry? Nikomu nie powiem, że to wy. Weźcie sprzęt, jedźcie z nami i zagrajcie "Hey, Schoolgirl in the Second Row" i inne stare kawałki, tylko nie przeboje Simona & Garfunkela". Pomysł im się spodobał i powiedzieli, że pojadą.

      Otworzyli nasz koncert jako duo Tom & Jerry. Potem przyszła kolej na nas. Kiedy bisowaliśmy, powiedziałem do publiczności: "Chciałbym, żeby nasi przyjaciele zagrali jeszcze jeden numer". Wyszli i zaśpiewali "Sound of Silence". Wtedy dopiero wszyscy zdali sobie sprawę, że to SIMON & GARFUNKEL. Po koncercie podeszła do mnie jakaś wykształcona pani i powiedziała: "Dlaczego pan to zrobił? Dlaczego żartuje pan sobie z Simona i Garfunkela?" Jakbym im naprawdę zrobił chamski dowcip! Co ona, kurwa, myślała? Że te dwie supergwiazdy spadły tu z nieba, a myśmy je zmusili do śpiewania: "OOO-boppa-loochy-bah, she's mine!"?

Lusio Indyk.

      Innym stałym bywalcem naszych koncertów był facet, którego z powodu jego śmiechu zwaliśmy "Lusio Indyk". Naprawdę nazywał się Louis Cuneo. Wystąpił na Lumpy Gravy jako jeden z ludzi, którzy siedząc w pianinie rozmawiają o rzeczach niepojętych

      Zawsze wiedzieliśmy, czy Lusio jest na sali, czy nie. Słychać go było już z daleka. Zapraszałem go na scenę, dawałem mu mikrofon i stołek, żeby sobie usiadł. Przestawaliśmy grać. Przez pięć minut Lusio siedział i śmiał się - z niczego - a cała publiczność śmiała się razem z nim. Potem mu dziękowaliśmy, a on wychodził.

Wyjątkowe rozrywki.

      W Garrick zaczęliśmy grać podczas świąt Wielkiejnocy 1967 roku. Na początku ludzie stali na śniegu w kolejce, żeby dostać się do środka. Kiedy jednak zaczęła się szkoła, frekwencja spadła. Jednego wieczoru przyszło tylko trzech widzów. Powiedzieliśmy im, że w tej wyjątkowej sytuacji dostarczymy im wyjątkowej rozrywki.

      Na tyłach klubu był korytarz, który prowadził do kuchni Cafe-a-Go-Go. Poszliśmy tam i wykombinowaliśmy gorący jabłecznik i trochę przekąsek. Przełożyliśmy sobie przez ręce serwety, jak kelnerzy, i wróciliśmy na salę. Obsłużyliśmy naszych klientów i gadaliśmy z nimi potem przez półtorej godziny.

      Innym razem przyszło tylko dziesięć czy piętnaście osób. Spytałem ich, czy nie chcieliby być dziś zespołem. Powiedzieli, że to dobry pomysł, więc daliśmy im nasze instrumenty i usiedliśmy sobie na sali, a oni nam zagrali.


      I jeszcze jeden fragment...

      "Jedną z zasług lat 60-tych jest to, że nagrano i wydano wówczas trochę muzyki o niezwykłym czy też eksperymentalnym charakterze. Kim byli ci mądrzy, niezwykle światli menadżerowie, którym zawdzięczamy Złotą Erę Amerykańskiej Muzyki? Idący z duchem czasu młodzieńcy o kwiatowym oddechu? Nie - starzy, żujący cygaro faceci, którzy słuchali taśm i mówili: " Bo ja wiem..., Co to, kurwa, jest? Dobra wypuść to, wiadomo? Nie wiadomo."

      Takie podejście do muzyki przynosiło znacznie więcej dobrego niż postawa dzisiejszych bosów. "Młodzi z głową na karku" są o wiele bardziej zachowawczy, a także o wiele bardziej niebezpieczni od swych poprzedników. Skąd się wzięli? Paru wylądowało w branży dlatego, że ich ojcami byli niektórzy z owych staruszków, od których jechało tytoniem. Inni sami utorowali sobie drogę na szczyty - pewnego dnia gość z cygarem mówił: "Posłuchaj Sherman. Zaryzykowałem, wypuściliśmy to i ani się obejrzałem, gdy sprzedaliśmy kilka milionów egzemplarzy. Ja wciąż nie mam pojęcia, co to, kurwa było, ale trzeba nam zrobić tak jeszcze raz. Posłuchaj, co ci powiem, Sherm. Ktoś nam musi dać cynk, co teraz wypuścić. Dlaczego nie przyjmiemy do roboty jakiegoś z tych hipisowskich skurwieli?"

      Tak więc przyjmują do pracy jednego z hipisowskich skurwieli - nie żeby miał robić coś poważnego - przynosi kawę, listy, stoi z boku i patrzy, co się dzieje - wyrabia się. Pewnego dnia staruszek z cygarem mówi: "Posłuchaj Sherman, myślę, że możemy mu zaufać - wygląda na to, że się powoli otrzaskał. Zrobimy go naszym przedstawicielem - niech ON gada z tymi pojebami od tamburynu i kadzideł. On rozumie to całe gówno, przecież ma takie same włosy jak oni".

      Od tej chwili młodzian pnie się i pnie, nie mija wiele czasu, jak trzyma nogi na biurku i mówi: "Niech pan wywali Shermana panie Maxwell. Aha, ten nowy zespół...Nie możemy ryzykować...to po prostu nie to, czego chcą dzieciaki. Wiem, bo przecież mam takie same włosy"'



Adres strony:
http://www.zappa.z.pl